Setki osób żegnały w Zielonej Górze tragicznie zmarłego ogn. Grzegorza Wesołowskiego.

Strażacy, ratownicy medyczni, harcerze, policjanci i setki innych osób pożegnały we wtorek tragicznie zmarłego ogniomistrz Grzegorza Wesołowskiego. Miał 38 lat, był zawodowym strażakiem w Jednostce Ratowniczo-Gaśniczej nr 1 w Zielonej Górze, ale akże ratownikiem medycznym, treserem psów i harcerzem. Zawsze uśmiechnięty i pomocny. Zginął tragicznie w środę (9 maja 2018) w wypadku karetki pogotowia, która na trasie Sulechów- Kije z niewyjaśnionych na tę chwilę przyczyn uderzyła w drzewo.     
    
– Jego pracę w straży wspominam jako pasmo pozytywnych zdarzeń i sytuacji. Angażował się we wszystko, co działo się w jednostce. Nie było takiej możliwości, żeby Grzegorza gdzieś nie było. Życie i kariera stały przed nim otworem – opowiadał w Gazecie Wyborczej przełożony tragicznie zmarłego, mł. bryg. Michał Staśkiewicz, dowódca JRG nr 1. – Żył z pasją, realizował marzenia, podróżował. Potrafił np. starym kadetem pojechać 1,5 tys. kilometrów do Chorwacji, oczywiście zabierał ze sobą psy. Miał też niesamowity dar przyciągania ludzi. Kiedy o czymś opowiadał, chciało się go słuchać, mówił z pasją. Jako przełożony Grzegorza czasem trochę „wykorzystywałem" jego dar i angażowałem go w lekcje i pokazy dla dzieci w szkołach. Kiedy była taka możliwość i był na służbie, zawsze się zgadzał, żeby brać udział w takich spotkaniach. Dzieci często pytały, czy będzie ten sam pan, co ostatnio – wspominał.
 
 
 
(Źródło / foto: Szymon Płóciennik / Agencja Gazeta - zielonagora.wyborcza.pl)

15 maja 2018 18:43
Udostępnij na Facebooku