Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo. Zobacz fragment książki o strażakach!

"Strażacy. Tam, gdzie zaczyna się bohaterstwo". Już jest, nowa książka o pracy polskich strażaków, autorstwa Joanny i Rafała Pasztelańskich. Publikacja, wydana przez Wydawnictwo Znak, ma 384 strony. Autorzy opisują w niej prawdziwą służbę strażaków.  
   
"Nikomu nie ufamy tak bardzo, jak strażakom. Nic w tym dziwnego. Jeśli twój dom stanie w płomieniach, jeśli ucierpisz w wypadku albo zostaniesz uwięziony przez powódź, oni zjawią się na miejscu jako pierwsi. Zawsze gotowi nieść pomoc. Docierają do miejsc, z których zwykli ludzie chcą jak najszybciej uciec. Są świetnie wyszkoleni, odważni i swoją pracę traktują jak służbę, ale też największą życiową pasję."  
   
Przeczytaj o największych i najgłośniejszych akcjach polskich strażaków. Dowiedz się, jak naprawdę wyglądają ich codzienna praca oraz życie. Poznaj ludzi, których wolałbyś nie potrzebować, ale na których zawsze możesz liczyć.  
  
Książkę można kupić m.in. przez stronę internetową Wydawnictwa Znak - www.znak.com.pl - kliknij! 

A już teraz przeczytaj FRAGMENT KSIĄŻKI!

Spłonęło łącznie 9062 hektarów, 6212 hektarów w ówczesnym województwie katowickim, 2850 hektarów w ówczesnym województwie opolskim. Jeszcze kilka dni po ugaszeniu pożaru samochodem jechało się po palącym się poszyciu. 
 
St. ogn. Dziedzioch:
– To było pogorzelisko. Tak to wyglądało. Długo dogaszaliśmy jeszcze różne ogniska, na przykład torfu, który się żarzy i żarzy. Cały wrzesień jeździliśmy i dogaszaliśmy. W październiku pojechaliśmy na rekonesans do lasu. Przygniatające wrażenie. Jedzie się przez las, a tu czarna pustynia, gdzieniegdzie kikut, gdzieniegdzie drzewo nieruszone zostało. Drzewo z liśćmi, a wokół czarno. Spod kół to tylko czarny kurz leciał, wszystko było czarne, przerażająca, głucha, beznadziejna cisza, tylko szum silnika było słychać. W lesie taka głucha cisza się nie zdarza. Las żyje, wszystko w nim żyje. Zwierzyna, ptaki, liście. Ten las był już martwy.
 
Asp. sztab. Kaptur:
– Po jednej stronie drogi mijaliśmy dosłownie nietknięte drzewa, dopiero dziesiątki metrów dalej były wypalone, przerzuty miały dziesiątki metrów, taka siła wiatru.
Media szybko oświadczają, że pożar w nadleśnictwie Rudy Raciborskie był największym w historii Polski oraz w Europie Środkowej i Zachodniej po II wojnie światowej. Pożar udało się ugasić dopiero cztery dni później. Pomógł deszcz, który spadł w końcu 31 sierpnia. Dogaszanie trwało jednak do 12 września. Straty oszacowano na blisko 286 milionów złotych.
 
Mł. bryg. Roland Kotula, dowódca JRG Racibórz, też odwiedza z nami teren dawnego pogorzeliska:
– Drzewo liściaste nie przenosi tak ognia jak iglaste, nie ma tylu substancji żywicznych. Nawet pan sobie nie wyobraża, jaki jest huk ognia, gdy idzie pożar wierzchołkowy. Wtedy dopiero człowiek słyszy, jak to głośno huczy. Samo doszło do tych brzóz, zapaliło się, szło równolegle. To, co wypalone – tu wszędzie był las. Po 1992 roku zaczęliśmy od sadzenia małych sosenek.
 
Wielu leśniczych zostało ściągniętych z pobliskich województw. Każdy dzień to była walka z czasem. Trzeba było jak najszybciej pozbyć się drzewa ze spalonego terenu i zasadzić sadzonki. Część spalonych drzew została zmielona i rozsypana po pogorzelisku, tak żeby wzmocnić i użyźnić choć trochę spaloną glebę. Prace na spalonej ziemi trwały jednak kilka lat. Dopiero trzy lata po pożarze można było dokonać nasadzeń. Zdania w tej kwestii były podzielone, jedni mówili, że to znacznie za wcześnie, drudzy, że natura sama sobie poradzi za sprawą samosiejek. Byli i tacy, którzy twierdzili, że im szybciej się użyźni ziemię, tym lepiej.
Dziś na terenie pożarzyska, które liczyło ponad dziewięć tysięcy hektarów, rośnie już las. Dopiero po wejściu na wieżę widać, że las ma w swojej strukturze ogromną wyrwę. Nowy las próbuje zabliźnić powstałe po wielkim pożarze rany, ale do odbudowy drzewostanu sprzed tragedii potrzeba jeszcze co najmniej 70 lat.
„Las to cały ekosystem, nie tylko drzewostan, który udało się odtworzyć, ale także zwierzęta, rośliny, grzyby i bakterie. Dlatego myślę, że braknie 100 lat, by odtworzył się cały" – mówi w rozmowie z portalem raciborz.naszemiasto.pl7 Robert Pabian, zastępca nadleśniczego z Rud. Na wypalonym terenie w ciągu ostatnich 26 lat zasadzono kilkaset milionów drzew. Przyjęły się brzoza i sosna. Na wszelki wypadek od czasu pożaru sadzi się więcej drzew liściastych. Wolniej się palą.
 
Przyglądamy się śladom po dawnym pożarze. Mł. bryg. Kotula pokazuje:
– Wszystko było wypalone. Do cna. Dzisiaj w lesie mamy studnie, oznaczone jako punkty czerpania wody. Jeśli woda na wiosnę się utrzymuje, to skorzystamy, ale latem nadal różnie bywa.
 
Po tragedii wykonano w Instytucie Badawczym Leśnictwa model 3D pożaru lasu i rozprzestrzeniania się ognia. W obliczeniach pod uwagę wzięto średnią prędkość przesuwania się frontu pożaru, obwód pożaru, jak również ilość wydzielanego ciepła, moc i przyrost powierzchni zajętej ogniem. Pożar uznano za wyjątkowo rzadko spotykany, w I i II fazie określony jako pożar całkowity. Takie pożary występują w okresie długotrwałych susz i w skrajnych warunkach meteorologicznych. Są wzmacniane przez silne podmuchy powietrza, które z kolei prowadzą do dużej liczby przerzutów z pierwotnego ogniska, tworząc setki tzw. stanów zapalnych. W czasie śledztwa ustalono, że pożar wszedł do lasu od strony torów kolejowych i frontem objął powierzchnię około 80 hektarów już po 43 minutach od powstania. Dużą rolę w rozprzestrzenianiu się ognia odegrało igliwie, a dokładnie zawarte w nim olejki eteryczne mające temperaturę zapalenia około 50 stopni Celsjusza. Pozostałe trawy i poszycie – nawet czterokrotnie lub sześciokrotnie wyższą. Olejki tworzyły więc swego rodzaju mieszankę wybuchową i powodowały tzw. fuknięcia, które pod wpływem podmuchów powietrza nagle przyspieszały. Tym samym palące się kule igliwia mogły przemieszczać się na odległość do 900 metrów. Jak wykazały analizy modelowe, prędkość pożaru sięgała tym samym 3,9 km/h, to właśnie wtedy ogień najbardziej zaskoczył strażaków i wtedy też zginęło dwóch z nich. Temperatura pożaru dochodziła do 900–1000 stopni Celsjusza. Nawet po ugaszeniu ognia gleba i spalone sprzęty utrzymywały wysoką temperaturę przez kilka czy kilkanaście dni. Wpływała na to gruba warstwa torfu. Biorąc pod uwagę temperaturę poszycia, na każdy metr sześcienny trzeba byłoby wylać około 30 litrów wody, co przekraczałoby ówczesne możliwości operacyjne. 
 
Mł. bryg. Kotula:
– Miejscowości udało się uratować, kierunek wiatru je omijał. Przyroda nam pomogła, żaden dom nie spłonął. No i jest takie miejsce, niektórzy traktują to w kategoriach cudu. Piana gaśnicza uległa zjawisku synerezy – niszczą się pęcherzyki, zostaje sam wodny roztwór środka pianotwórczego. Wysoka temperatura przyśpiesza ten proces niszczenia piany. Mówię o drewnianym kościółku polowym „Magdalence" w środku lasu, który koledzy zalali pianą, bo stwierdzili, że więcej nie są w stanie zrobić, i musieli się ewakuować. I wiecie co? Ten kościółek do dzisiaj istnieje, ocalał. Niesamowite to jest. Logicznie rzecz biorąc, nie miał szans. Ale jak został zatopiony pianą, to ogień obok przeszedł, a kościółek został. 

Leśnicy dzisiaj pilnują, żeby pobliska kopalnia, której tory biegną przez las, utrzymywała pasy ochronne wokół torów, ale bywa, że i to nie wystarcza. Wciąż zdarzają się iskry, jak w 2013 roku, kiedy spaliło się 17 hektarów.
 
Od kilku lat w miejsce pożaru przyjeżdżają wycieczki z kraju i z zagranicy, by zobaczyć, jak odradza się zniszczony las. Wieża przeciwpożarowa to jedna z atrakcji turystycznych. Stworzono system specjalnych zabezpieczeń, aby więcej nie powtórzyła się tragedia z 1992 roku. Przyznaję, że wchodząc na nią, przeklinałem swoją ciekawość, ale przede wszystkim brak kondycji. Zawstydzony patrzyłem, jak bohaterowie wydarzeń sprzed 25 lat pokonują kolejne stopnie bez większego wysiłku. Dopiero ze szczytu widać ogromne połacie młodszych drzew. Ćwierć wieku temu to miejsce musiało być przerażające. I to czuć, tam na wieży przeciwpożarowej. 
   
(fot: materiały Wydawnictwa Znak)

20 listopada 2018 20:50
Udostępnij na Facebooku